Renault: Master coraz lepszy!
Od początku 2026 roku Renault Master umacnia swoją pozycję lidera w rankingu sprzedaży dużych furgonów na […]

Nie była to zwykła korekta, ale silny wstrząs! Od 1 lutego br. po polskich autostradach i drogach ekspresowych jeździ się drożej. – O wiele drożej, stawki dla aut ciężarowych wzrosły aż o 40 procent – zaznaczają przewoźnicy.
Taki cios z początkiem roku dla branży transportowej, która i tak działa już na niskich marżach oznacza jedno: realny spadek rentowności i szybkie zużywanie kapitału obrotowego. – Jesteśmy na granicy opłacalności – mówi już większość małych i średnich firm transportowych.
Co więcej, trudną sytuację w branży dostrzegają także najbardziej zaprawieni w bojach gracze. – Wzrost kosztów przejazdu po drogach płatnych znacząco obciążył budżety przedsiębiorstw transportowych, szczególnie tych realizujących przewozy długodystansowe oraz operujących flotami opartymi na pojazdach ciężkich – mówi Milena Nykiel-Leśnik, marketing manager spółki transportowo-logistycznej Seifert Polska, która na polskim rynku działa już od 27 lat. – Dla wielu firm oznaczało to nagłe i trudne do zbilansowania zwiększenie kosztów stałych, niezależnych od wolumenu zleceń.
W przypadku e-TOLL problemem jest nie tylko skala podwyżki, ale też trudności w przeniesieniu kosztów na klientów. – Stawki w kontraktach długoterminowych ustala się z wyprzedzeniem. Gdy pojawia się taka „niespodzianka”, jedyną drogą są renegocjacje. Problem w tym, że klient nierzadko stoi oporem – mówi Arkadiusz Pilarski, dyrektor spedycji w Seifert Polska.
Jego słowa potwierdza jeden z ostatnich raportów Stowarzyszenia Transport i Logistyka Polska. Z danych TLP wynika, że 60 proc. polskich firm branży TSK pokrywa wzrost opłat w całości z własnej marży. Najtrudniejsza sytuacja dotyczy mikroprzedsiębiorstw, czyli firm posiadających od 1 do 10 pojazdów. Stanowią one 61,9 proc. respondentów badania.
Nic dziwnego zatem, że wielu przewoźników groziło strajkami w ostatnich tygodniach. Inni analizowali nawet możliwości powrotu na lokalne drogi. – Nie jest to jednak najlepsze rozwiązanie. Większa liczba ciężarówek w miastach zawsze oznacza większe niebezpieczeństwo na drodze, niebezpieczeństwo dla pieszych, korki i zastoje – zaznaczają przedstawiciele branży TSL.

To jednak tylko początek kłopotów, jakie wylały się na branżę w pierwszych miesiącach tego roku. Oliwy do ognia dolały ostatnie wydarzenia na arenie międzynarodowej. Wojna na Bliskim Wschodzie, wywołana eskalacją konfliktu wokół Iranu i faktycznym paraliżem Cieśniny Ormuz, zachwiała światowym rynkiem ropy. A to właśnie tamtędy płynie nawet 20 proc. globalnych dostaw surowca.
Gdy transport morski został ograniczony, ceny ropy wystrzeliły. I to dosłownie, bo w ostatnich tygodniach litr oleju napędowego dla ciężarówek w Polsce kosztował prawie lub nawet powyżej 8 zł, osiągając tym samym najwyższe poziomy w historii! – To dla nas kolejne uderzenie w rentowność. Każdy kurs jest droższy, a negocjacje ze zleceniodawcami coraz trudniejsze. I nic nie wskazuje na to, by presja miała szybko zniknąć – żalą się firmy transportowe.
W obliczu globalnych turbulencji, stawki frachtowe przestały nadążać za rzeczywistością, a marże firm transportowych stopniały do minimum. Wielu przewoźników jeździ dziś „na zero”, licząc na utrzymanie kontraktów. Inni ograniczają liczbę kursów lub wycofują starszy tabor z eksploatacji.
I jakby tego wszystkiego było mało, rynek ogarnął prawdziwy organizacyjny chaos. – Opóźnienia w dostawach kontenerów i komponentów powodują zatory na parkingach i terminalach. Kierowcy stoją dłużej, a czas pracy ucieka. Brakuje ładunków powrotnych, co zwiększa liczbę pustych przebiegów – podkreśla Arkadiusz Pilarski z Seifert Polska.
Pamiętajmy też o starych problemach. – Jednym z największych wciąż pozostaje drastyczny brak kierowców zawodowych. Szacuje się, że na rynku brakuje dziesiątek tysięcy pracowników, a luka rośnie z każdym rokiem. Zawód się starzeje, młodych chętnych brakuje, a długie trasy i presja kosztowa skutecznie zniechęcają nowych kandydatów – mówią specjaliści z Seifert Polska.
Skutek? Firmy transportowe muszą płacić więcej, by utrzymać doświadczonych kierowców, co dodatkowo winduje koszty działalności. Dane mówią same za siebie. Według Międzynarodowej Unii Transportu Drogowego (IRU) niedobór kierowców w Polsce może przekroczyć w tym roku liczbę 150 tys. Według organizacji branżowych i analiz rynku pracy oznacza to, że nawet 7–10% etatów kierowców pozostaje nieobsadzonych.
Co za tym stoi? Jakie bariery stoją przed wejściem do tego zawodu? – Koszt zdobycia uprawnień (prawo jazdy C+E, kwalifikacja wstępna, badania) to od 10 do 15 tys. zł, co skutecznie odstrasza młodych kandydatów – zauważa Arkadiusz Pilarski. Dodaje, że dodatkowym problemem są długie i skomplikowane procedury zatrudniania kierowców spoza UE – czas oczekiwania na dokumenty pobytowe i wizy sięga nawet kilkunastu miesięcy.
Prowadzi to do sytuacji: „ładunki są, auta niby są, ale nie ma realnie dostępnych ciężarówek” – jak podkreślają specjaliści od transportu. – Popyt na przewozy często rośnie szybciej niż podaż mocy. Wzrost liczby zleceń przewyższa dostępność pojazdów, szczególnie na trasach międzynarodowych i w „gorących” oknach czasowych – dodaje Milena Nykiel-Leśnik.
No i wreszcie – presja regulacyjna związana z transformacją energetyczną. To też zaciska wąskie już gardło branży. Przypomnijmy: firmy transportowe stoją dziś przed koniecznością inwestowania w nowy tabor spełniający wymogi środowiskowe, wynikające z unijnej polityki klimatycznej oraz regulacji ESG.
Wymogi wymogami, a życie życiem – mówią wprost reprezentanci polskich firmy transportowych. Bo choć wielu chciałoby przejść na pojazdy nisko- i zeroemisyjne, realnie oznacza to wzrost kosztów inwestycyjnych liczony w setkach tysięcy złotych na pojedynczy zestaw. Co więcej, presja ta coraz częściej pochodzi nie tylko od instytucji publicznych, ale również od samych klientów. Duzi załadowcy i sieci handlowe uzależniają dziś podpisanie umów od danych dotyczących emisji CO2, średniego wieku floty czy polityki ESG dostawcy.
W efekcie polscy przewoźnicy znaleźli się w pułapce. Z jednej strony muszą walczyć o utrzymanie kierowców, podnosząc wynagrodzenia i poprawiając warunki pracy. Z drugiej – inwestować w drogi, „zielony” tabor i raportowanie środowiskowe. – Turbulencje w naszej branży to nic nowego, niemniej jednak pamiętajmy, że skutki wzrostu kosztów w transporcie drogowym będą odczuwalne nie tylko w branży przewozowej, ale również w całej gospodarce – podsumowuje Milena Nykiel-Leśnik. – Transport stanowi istotny element kosztów działalności wielu sektorów, dlatego pogorszenie kondycji finansowej firm przewozowych wpływa na funkcjonowanie łańcuchów dostaw oraz poziom cen usług i produktów.
(s),Fot. Seifert Polska
Od początku 2026 roku Renault Master umacnia swoją pozycję lidera w rankingu sprzedaży dużych furgonów na […]
Podczas IVECO Experience 2026, IVECO przedstawiło odnowioną wizję i ambicję marki, wyznaczając kierunek rozwoju jako partnera […]
Wchodząc w rok 2026 z oczekiwaniem stosunkowo stabilnych kosztów, europejscy operatorzy logistyczni stoją zamiast tego w […]





